Rozważania różne współczesnej kobiety- daleko od mody, kuchni i jakiejkolwiek diety. Plotki o facetach, sporcie, autach i gadżetach.
Kategorie: Wszystkie | dla pełnoletnich | motoryzacja | sport | zdrowie
RSS
niedziela, 03 marca 2019

              No to się doczekaliśmy- blox się zamyka. To chyba jakaś odpowiedź na moje dylematy. Pisać czy nie pisać? Okazuje się, że rozwiązanie przyszło samo. Na dzień dzisiejszy moja odpowiedź jest taka, że raczej nie będę kontynuowała pisania.

           Albo brak chęci, albo brak czasu, ostatecznie brak tematów, brak zdrowia i brak internetu. No tak się porobiło, że mnie nie było. A skoro idzie mi pod górkę , to chyba nie ma co na siłę . Gdzie byłam jak mnie nie było?

           Generalnie walczyłam z dostawcą internetu. Na razie jako tako działa, ale ile to nerwów kosztowało.... Przyjmowałam lokatora, tzn. tylko tyle, że syn wrócił do gniazda. Więc zamieszanie się zrobiło takie, że nie było czasu, nie było warunków. Ogólnie zamieszanie, jak cholera. Ale wrócił, zamieszkał, odżywiłam trochę i zmobilizowałam do nadgonienia zaległości na studiach. Udało mu się jakoś tak to pozałatwiać, że jednak nie będzie musiał powtarzać tego zawalonego semestru. Fakt, zawsze był dość pilnym studentem, więc prowadzący poszli mu na rękę.

          W tzw. międzyczasie zakończyłam cykl badań. Ostatnia była gastroskopia. Wiele razy miałam już to badanie, ale tak, jak tym razem nigdy wcześniej tego nie przeżyłam, z naciskiem na słowo "przeżyłam". Chociaż miałam ogromne wątpliwości czy wyjdę z gabinetu żywa. Okazało się, że zrobiła się przepuklina przełyku i coś tam dalej. W każdym razie koszmar, po którym chorowałam jeszcze 3 dni nie mogąc przełykać a nawet palić.

           No i czytałam. czytałam, czytałam. W każdej z "moich" serii wyszły nowe tomy, więc było co nadrabiać. J.L Horst z "Kodem Kathariny" - jak zawsze świetna, K.Puzyńska "Rpdzanice" - rozczarowująca, M.Rogala "Punkt widzenia" naprawdę dobra. Oczywiście to nie wszystko, bo było jeszcze kilka innychpozycji , ale nawet nie do końca wiem co już było wcześniej a co teraz.

          To tak w telegraficznym skrócie. Przemyślę sprawę, ale skłaniam się ku zakończeniu tej przygody.

17:24, 45gogula
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 stycznia 2019

                Kiedyś pisywałam już o moich snach. za zwyczaj były to bajdurzenia w typie takich co to się człowiek zmęczy, podenerwuje i budzi się umęczony, spocony i zdezorientowany. Był czas kiedy te koszmary odpuściły, ale w zamina nic innego się nie śniło. Zasada jest taka, że przeważnie jestem na tyle zmęczona, że gdy zasypiam to na tzw. kamień i nie ma szans żeby cokolwiek mnie zaniepokoiło. Niestety...czy to pełnia księżyca, czy może szaleństwo hormonów, ale pojawiają się cykle ze snami. Nie bywają one póki co jakieś straszne, przerażające czy męczące, ale są czasami lepsze czasami gorsze. Dlaczego o tym pisze w tym przydługim wstępie? No bo ostatnio kilka nocy z rzędu miałam znowu senne przygody, ale bardzo innego rodzaju.

       Coś mi się śniło z moją B. w roli głównej. Ale żeby nie było, to nie były TAAAAKIE sny, co to się niektórym mogłoby wydawać. Niby nie wiem co dokładnie mi się śniło, ale gdyby to były TAAAAAKIE sny to raczej bym wiedziała. No więc coś mi się tam śni i na koniec moja B. rzuca jakieś hasło z cyklu "co ślepemu po oczach" czy temu podobne ( konkretnie też nie przytoczę), w każdym razie budzi mnie mój głośny śmiech.

       No serio? Śmiech? Wiem, że czasami człowiek potrafi tak chrapnąć, krzyknąć, zakasłać, że sam się budzi, ale że śmiech? No fakt, obie z B. należymy do śmieszków, śmiejemy się dużo i szczerze, ale nigdy nie miałam tak, żeby to śmiech mnie budził. Żeby nie było- nie narzekam, wszak lepszy śmiech, niż jakieś inne bardziej niepożądane czy wręcz makabryczne doznania, ale na tyle mnie to zdziwiło, że musiałam się tutaj faktem tym podzielić.

       A poza tym? Bez zmian. Trochę czytam, odpakowałam kolejne puzzle, trochę gotuję i trochę się martwię o Młodego, bo objawy, które go męczą od miesiąca wcale prawie nie przechodzą. Przed nim kolejne badania. Trochę niepokoi mnie też fakt, że z uwagi na te dolegliwości musiał odpuścić studia. Czy zdoła nadrobić? Chciałabym, ale z drugiej strony zdrowie ważniejsze, tyle że z trzeciej strony to sama końcówka i gdyby teraz miał zrobić przerwę, to wydaje mi się, że trudniej będzie wrócić. Ale są rzeczy ważne i ważniejsze.

10:50, 45gogula
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 stycznia 2019

              Jak już zdołałam napisać...ciężkie to były 2 tygodnie. Nigdy nie byłam "kuchenna", a tyle czasu, ile ostatnio spędzałam w kuchni to do księgi rekordów się nadaje. No może nie księgi tylko książki, ale to jak dla mnie bez różnicy. Pieczenie chleba, ciasta, masła z kaszy, serków z orzechów w wersjach bezglutenowo-bezmlecznych. Do tego obiady plus-minus dietetyczne. Że nawet nie wspomnę ile to kosztuje. Ale już.

       Zrobiłam trochę zapasów i syn wyjechał do siebie. Martwię się o niego, bo mimo leczenia , mimo diety objawy tylko na chwilę mu odpuściły, a i tak nie wszystkie. Gdy zaś miał jechać wszystko wróciło, aż zaczęłam się zastanawiać, czy to może jednak nie jakaś nerwica? Ostatecznie miał po kim odziedziczyć, czego mu nie życzę. W każdym razie po całym intensywnym dniu byłam tak padnięta, że nawet ledwo jeden rozdział w książce udało mi się przeczytać i padałam. Spałam i wstawałam wyczerpana, więc o pisaniu nie było mowy.

       "Drzewo anioła" Lucindy Rieley, która na początku mnie mocno zniesmaczyła. Dokładnie nie przytoczę, ale opisywanie osoby 58-letniej jako kruchej, nieporadnej staruszki niemal?... No co jest? To tak nie działa. Czytało się dobrze, chociaż inaczej niż poprzednie tej autorki. Niemniej ciekawa historia o tym, jak można zniszczyć życie dziecka m.in.własnymi ambicjami, w zasadzie bez osobistych konsekwencji.

       Teraz natomiast kończę powieść Rachell Abbott "Śpij spokojnie" - temat ciekawy, ale żadna to nowość. Bo przecież nie raz spotykamy się z historią toksycznych związków, chociażby opisywana kiedyś książka " Za zamkniętymi drzwiami". Tutaj przekaz i historia podobna, ale chyba nie do końca podoba mi się sposób narracji.

        I to tyle co to się u mnie zadziało. W sumie niewiele, ale może to nawet lepiej. A nie, sorry... Jeszcze prowadzę niezbyt wyrównaną walkę z operatorem łączności bezprzewodowej , albowiem od blisko miesiąca internet wystarcza tylko do tego, żeby działało 1 urządzenie i do tego niezbyt intensywnie. Jak na XXI wiek to szok . A płacić trzeba, więc zapytałam "za co?" i złożyłam reklamację z perspektywą zerwania umowy. Nie wiem czy coś wywalczę, może chociaż internet taki, żeby udało się jednocześnie odpalić 2 programy, aplikacje, strony?

        O ostatnich wydarzeniach krajowych powiedziano, pokazano i napisano wiele. Osobiście w zasadnicze , długotrwałe zmiany nie wierzę, ale chciałabym się mylić, naprawdę bym chciała. Jedyne przemyślenie, jakie mam (to nie jest ocena tego faktu a tym bardziej nie negatywna, a jedynie jego stwierdzenie) to : co jak co, ale nic tak nie łączy Polaków, jak zdarzenia tragiczne.

16:24, 45gogula
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 stycznia 2019

                Powiem tak...no to się u mnie porobiło. Nawet nie u mnie, ale bardzo mnie to dotyczy w sumie.

         Sporo czasu spędzam przy komputerze, w internecie, ale nawet nie miałam dotychczas okazji żeby się zebrać i napisać. Zarobiona jestem. Ale od początku.

         Kolejny raz mój syn się rozchorował. Znowu mocny katar, znowu zawalone drogi oddechowe. Chwilę wcześniej zapalenie spojówek. To kolejny raz w krótkim czasie i zagroziłam, że jak sam w końcu nie pójdzie do lekarza, to narobię mu wstydu i siłą go zaciągnę i będzie obciach, że 24 latek z mamusią do lekarza chodzi. Poszedł sam, gdy już mu żołądek odmówił posłuszeństwa w przyjmowaniu jakichś ogólnodostępnych środków medycznych. Lekarz zajął się nim kompleksowo i troskliwie. Okazało się po zrobieniu wszelkich badań, niektórych dwukrotnie, że cierpi na ostrą nietolerancję pokarmową a dodatkowo rozwinęło się zakażenie bakteryjne. Bo każdy podobno ma helicobakter, ale nie każdemu dokucza. No i teraz tak...Syn wrócił do domu, bo on sam nie wie jak ma ogarnąć jedzenie. Nietolerancja glutenu, laktozy, kazeiny, jaj, części zbóż. Tak więc lektura wszelkich artykułów, sugestii , forum co z czym, jak i dlaczego. Gonitwa po sklepach w wybieraniu produktów które "mogą być". Wiadomo, początki są trudne. Za chwilę będzie już temat ogarnięty, ale teraz nie do końca tak jest. Zwłaszcza, że stosowne produkty w moim mieście są niedostępne, ale kilka kilometrów ode mnie jest już francuski market, gdzie wybór jako taki jest. A przynajmniej można kupić specjalną mąkę, chleb, czy olej kokosowy i mleko roślinne. No, okej podstawowe typu mleko roślinne i jakieś płatki są, ale nic więcej. W każdym razie zajęcie nie tyle fizyczne a mentalne mam.

       Była też u mnie moja B. I zrobiło się rodzinnie. To znaczy wtedy, gdy młody czuł się lepiej to w trójkę graliśmy sobie np. w kości. A gdy on szedł spać to my albo oglądałyśmy jakiś film, albo ...razem się dokształcałyśmy w diecie bezmlecznej, bezbiałkowej i bezmącznej. Fajnie być razem nawet jeśli tylko w takim zakresie. Ale spokojnie zafundowałam B. również spacer po parku w zimowych i świątecznych okolicznościach. Ogólnie było bardzo sympatycznie i pysznie jak zawsze.

12:39, 45gogula
Link Komentarze (7) »
piątek, 04 stycznia 2019

               Do opisania dzisiejszego gadżetu zainspirował mnie poprzedni wpis zaprzyjaźnionej blogowiczki, dotyczący chęci posiadania automatu do kawy.

               Moja kuchnia jest tak "ogromna", tak wielka, że w porywach osiąga wymiary 2,20 na 2,20 m. Więc odliczając powierzchnie, którą zajmują sprzęty niezbędne typu lodówka, kuchnia, czy zlewozmywak naprawdę niewiele zostaje. Tak miejsca na szafkach, jak też w szafkach. Należę do ( jak się okazuje) nielicznego grona osób, które lubią mieć wszystko na wierzchu, pod ręką, nawet za cenę stworzenia pomieszczenia klaustrofobicznego.

               Dawno, dawno temu , no może jakieś 6-8 lat temu, miałam w kuchni, na blacie m.in. kuchenkę mikrofalową, czajnik, toster i ekspres do kawy. Nie licząc innych drobnych dodatków. I wszystko się zmieściło. I już przechodzę do istoty wpisu.

               Ekspres do kawy to była naprawdę solidna maszyna włoskiej firmy, w pełni zautomatyzowana i robiąca "cuda na kiju" . Zachwyt tym sprzętem, jak wieloma innymi, minął. Nie dlatego, że ja się wyeksploatowałam, ale po zliczeniu wszystkich za i przeciw okazało się, że to się zwyczajnie nie opłaca dla jednej osoby. No bo chociaż kawa była super , zwłaszcza, że ziarna można było dokupić naprawdę wysokiej jakości w ulubionym smaku, zapachu. Wszystko można też było sobie dostosować, ale... Po włączeniu ekspres musiał się podgrzać, potem płukanie dysz, dopiero wówczas mielenie kawy i parzenie- o ile nie zapomniało się napełnić zbiornika na wodę. A kawa z mlekiem? No jeszcze więcej zachodu przed i potem. Minimalny czas oszczędzania energii był wówczas 5 minut. Po tym czasie ekspres się wyłączał.  Dlatego też znalazł nowego właściciela.

              Ale wspomnienie kawy ze spienionym mlekiem ciągle we mnie siedziało. Żaden ręczny spieniacz nie dawał efektu. Automatyczny spieniacz? No niby można, ale ja wybrałam ekspres na kapsułki - w promocji można było kupić w cenie spieniacza. Kupiłam właśnie w promocji o taki - Bosh Tassimo.

                   Fakt, kawa jest dość droga w przeliczeniu na filiżankę(kubek), bo ok.1,80-2,00 zł ,ale jeśli ktoś lubi kawę z mlekiem to zdecydowanie mmmmniam. Ustrojstwo malutkie , proste w obsłudze jak budowa cepa, kawę robi błyskawicznie i w porównaniu do poprzedniego ekspresu ta kawa jest gorąca a nie tylko mocno ciepła.Do tego chwilę po zrobieniu samo się wyłacza nie marnując wiele prądu.

              Nie pijam wielu kaw dzielnie, w tym ostatnio tylko 1x z mlekiem, więc wypływ gotówki na kapsułki nie wyciska mi łez z oczu. Aktualnie wybór smaków, rodzajów napojów jest bardzo duży. Od zwykłych po bardziej ekskluzywne, młodemu zasmakowały mleczne czekolady- fajne są nie powiem. Mam nadzieję, że nie spotka mnie nieprzyjemność z powodu tego, że używam urządzenia niezgodnie z zasadami, ale cóż poradzić, gdy najbardziej zasmakowała mi kawa śniadaniowa (poranna) którą pijam po południu.

19:48, 45gogula
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91