Rozważania różne współczesnej kobiety- daleko od mody, kuchni i jakiejkolwiek diety. Plotki o facetach, sporcie, autach i gadżetach.
Kategorie: Wszystkie | dla pełnoletnich | motoryzacja | sport | zdrowie
RSS
poniedziałek, 05 listopada 2018

                Na wstępie zaznaczę, że wpis będzie się odnosił do TEJ sprawy, którą w pewien sposób żyję już od dwóch miesięcy, więc jeśli ktoś nie ma ochoty czytać o moich emocjach związanych z odchodzeniem mojej siostry - to rozumiem.

        Kiedyś już wspominałam, że z siostrą miałyśmy niezbyt zażyłe stosunki, ale bardzo poprawne. Ostatni rok zmienił te relacje, ja bardziej zaangażowałam się w pomoc, chociaż nie raz i nie dwa byłam obrażana, wyrzucana itd. Nic to. Dla mnie to jej rozgoryczenie było zrozumiałe, bo w sumie ciężko powiedzieć, jak ja zachowałabym się żyjąc, albo życiowo cierpiąc z perspektywą stosunkowo rychłej śmierci. Żałuję, że nie miałam odwagi zapytać siostry wprost o to co czuje, jak daje radę żyć z taką świadomością.

        W ciągu tych 12 miesięcy wielokrotnie stała już pod ścianą z główną myślą, że to już koniec, ale jakoś jeszcze się udawało. Kilka dni pobytu w szpitalu i wracała do domu, jeszcze z optymizmem patrząc w przyszłość. Ostatnim razem też buntowała się przeciwko pobytowi w szpitalu, rozważała co będzie robiła po powrocie do domu. Martwiła się o wygląd , bo a to włosy wypadły, a to przerzuty na skórę w widocznych miejscach itp. A po chwili twierdziła, że jednak chyba nie wyjdzie już ze szpitala , że umiera już na pewno . Kolejnego dnia umawiała się z przyjaciółką na kawę i tak sinusoida trwała aż do utraty przytomności na około tydzień przed końcem.

       Czemu o tym piszę? Bo cały czas to siedziało mi w głowie. Po pogrzebie nie dawałam sobie rady z tymi obrazkami, które miałam 24 godziny na dobę przed oczyma. Aż sama się zastanowiłam, czy nie pojechać do mojego psychiatry po jakieś silniejsze leki, gdyż całkiem szło sfiksować. Na szczęście tę koncepcję odradziła mi moja B., która słusznie zauważyła, że skończy się to co najwyżej całkowitym otumanieniem mnie i przejściem w stan zoombie.

       Potem chwile mnie te "obrazki" odpuściły, jakoś znalazłam wyciszenie aż do czasu poprzedzającego 1.XI i znowu zaczęła się jazda z obrazkami, z pytaniami, z myśleniem o tym co się czuje, czy ma się świadomość, jak jest po itp. Niby normalna sprawa, ale ... I tutaj znowu z pomocą przyszła moja B. Właśnie dzisiaj wspomniała, że zapoznała się tekstem o osobie prowadzącej blog "Biuro Duchów", która kilkakrotnie przeżyła śmierć kliniczną. Niby nic takiego a jednak uczepiłam się tej myśli i tego co wydarzyło się w szpitalu, a co wcześniej brałam jedynie za rodzaj żartu.

       Otóż, gdy siostra już była dość słaba, gdy dostała solidną dawkę różnych środków przeciwbólowych, a potem nastąpiło chwilowe "przesilenie" była w stanie zadzwonić do mnie. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

S- Tej nocy umarłam.

Ja- I co dzwonisz z zaświatów? No to opowiadaj, jak jest.

S- Powiem tak. Naprawdę bardzo w porządku. Naprawdę byłam głupia, że tak kurczowo trzymałam się tego życia na ziemi. Nie warto, żeby tak za wszelką cenę , zdecydowanie nie warto.

       Tak, jak wspomniałam odebrałam to, jako takie nasze specyficzne żartowanie. Nie pierwsze w tym stylu. Chociaż zapewne będą tacy, co postukają się w głowę, że w obliczu śmiertelnej choroby można jeszcze uprawiać czarny humor. Powiem tak - za obopólną zgodą można.

      Ale dzisiaj, po tym co powiedziała moja B. o tej blogerce, o tym, że można być tam i wrócić (owszem kiedyś sporo o tym czytałam, ale jakoś się zapomniało) zaczęłam myśleć, że ta rozmowa wcale nie była żartem. Zwłaszcza, że po tym incydencie siostra już nie buntowała się przeciwko pobytowi w szpitalu, nie chciała za wszelką cenę wrócić do domu, była wiele spokojniejsza.

       Tak, zdecydowanie tej myśli będę się trzymała. Może wtedy znikną te "szpitalne obrazki", które znowu bombardują moje myśli, może przestanę sobie zadawać pytania, na które już nie dostanę odpowiedzi, które powodowały tylko pojawianie się kolejnych pytań, a te wywoływały następne i tak aż do ogłupienia. Może nie będę rozbierać na czynniki pierwsze wszystkich dylematów, wszystkich tych "co by było gdyby było"? A zostaną ze mną te wszystkie historie wywołujące szczery śmiech, głupawkę i inne wspomnienia.

19:43, 45gogula
Link Komentarze (7) »
wtorek, 30 października 2018

                  Zbliżające się święto 1.XI nie nastraja mnie zbyt pozytywnie, ale nic dziwnego, moja sprawa jest dość świeża. Pierwsze tygodnie były koszmarne, potem złapałam trochę luzu, żeby teraz znowu przeżywać wszystko na nowo. Ale nie będę tutaj smęcić, bo i tak sama muszę wszystko przeżyć, poukładać, zaakceptować itd.

        Miałam więc zamiar opisać kolejny nowy gadżet, który nabyłam już jakiś czas temu, ale... Ok. Po kolei.

       Czytałam dużo i stary czytnik dość mocno się wyeksploatował, więc z okazji imienin na początku roku kupiłam sobie nowe , lepsze urządzenie. Chodziło o to, żeby ekran był dotykowy, a przede wszystkim, żeby była możliwość podświetlenia i dość szybkiej zmiany wielkości czcionki. No nie ma mocnych -PESEL nie kłamie, a gdy czyta się tylko nocami, to pewne udogodnienia robią różnicę. InkBook Prime. To był mój wybór. Nie najtańszy, ale też nie z górnej półki i jak poczytałam miał to co mi potrzebne.

       Działał bez zarzutu, a potem, gdy chciałam go opisać w ramach mojej gadżetomani...sfiksował. Zaczął żyć własnym życiem. Niestety tylko jeden serwis znalazłam i to daleko. Na szczęście Ink Book ma tę zaletę, że po zgłoszeniu uszkodzenia, awarii sami wszystko organizują na swój koszt. To naprawdę duży plus w stosunku do innych "zasłużonych" firm, do których reklamacje robi się na własny koszt. Nie wchodząc w szczegóły - mój czytnik 3 razy jeździł sobie do Wrocławia i do mnie. Trochę to trwało, ale teraz ponownie działa i niech tak zostanie.

        W czasie jego nieobecności nadrobiłam lektury papierowe (pewne tytułu , serie gromadzę w wersji klasycznej) ,a gdy się skończyły odpaliłam tablet . Czytanie na tablecie to nie jest moja bajka, a może zwyczajnie ściągnęłam niewłaściwy program do obsługi plików. Bez względu jednak na program, czytnik jest ze 3 razy lżejszy i wygodniejszy.

        Ale za to przeczytałam "Początek" Dana Browna - jak na mój gust mocno rozczarowujący i "Czarownicę" Camilli Läckberg- dobry kryminał w stylu autorki, na tym samym poziomie co wcześniejsze powieści, jak znalazł na długie zimowe wieczory.

        Zanim padł czytnik zdążyłam jeszcze przeczytać z nieopisywanych wcześniej : "I że cię nie opuszczę" Michelle Richmond , zapowiadany jako trzymający w napięciu thriller psychologiczny, porównywany do "Dziewczyny z pociągu". Książka miała wiele pozytywnych recenzji, wiele wpisów w stylu "och i ach", więc i ja się skusiłam, bo ten gatunek lubię .

        Powiem szczerze...chyba czegoś nie zrozumiałam. Dla mnie ta powieść nie była dobra w żadnym calu, że nie wspomnę o klasyfikacji do gatunku, który lubię. Z drugiej strony, moja B. też już jest po lekturze i również nie znajduje podstaw do zachwytu nad tą pozycją, co jednak nie przeszkodziło nam dyskutować parokrotnie o książce. A może właśnie o to chodziło? A może ja nie skumałam istoty sprawy? Czego nie wykluczam. Ktoś czytał?

16:55, 45gogula
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 października 2018

                        Dlaczego napisałam w poprzednim wpisie, że to początek góry lodowej? W sumie tam nie dokładnie było widać odniesienie do tych cytatów, którymi opisałam mamusię, a ostatnie wydarzenia naprawdę wyciągnęły jej, i tak ciężki, charakter na wierzch.Nadal mam dylemat z pisaniem o tym, ale jednak tak mnie to wierci, że zrzucam, marudzę, chociaż może to i nie ładne.

         W ciągu ostatniego miesiąca mamusia podobno podupadła na zdrowiu. Podobno, bo bardziej mówiła jakiej to opieki potrzebuje niż było to widać w jej zachowaniu. A to nasmaruj jej biodro bo boli , a z drugiej strony zakręć włosy; a to idź z nią do lekarza bo sama nieporadna, by za chwilę zwracać się o pomalowanie paznokci u nóg!!!

         A było tak. Najpierw organizacja pogrzebu. Pytała o wszystko, dyrygowała wszystkim by w międzyczasie stwierdzić , że ona się nie zna, nie rozumie o czym my ( ja i szwagier oraz siostrzeniec) rozmawiamy. Na pytanie z mojej strony "to po co się wtrącasz jak nie wiesz o co chodzi?" była albo obraza majestatu, albo "a może wam coś podpowiem". Taaaa, zwłaszcza, że nie wie o co chodzi?. Nic to, zaciskamy zęby i działamy.

        Siostra nie życzyła sobie, żeby rozwieszać klepsydry po mieście. I taka była nasza decyzja, co mamusia przeżywała i wierciła dziurę w brzuchu (głownie mnie bo byłam pod ręką) przez kilka dni. No bo jak to nie powiedzieć wszem i wobec, jaka JĄ spotkała tragedia? Tym razem nie ustąpiliśmy. Ale spokojnie nie mieszkamy w głuszy i wieść się dość szybko rozeszła, a wtedy.....

        Codziennie, gdy wracała z zakupów informowała mnie kto się dowiedział, kto jej współczuł , ile dostała kondolencji, jak ją ludzie "dopieszczali", bo ona tak bardzo cierpi. Na końcu języka miałam zapytanie czy aby prowadzi jakiś ranking, czy jakiś rekord chce pobić...? Serio widać i słychać było, jak ją to energetyzuje i nakręca. Miałam nieodparte wrażenie, że jest szczęśliwa, że może mieć żałobę. Koszmarne uczucie.

        Minął ponad miesiąc, ale jej nie przeszło. Ostatnio wróciła z kościoła z uśmiechem na ustach i stwierdzeniem do mnie "ty wiesz, jakie ja mam uważanie u ludzi? Ixińska to zawsze po mszy chce mnie podwozić do domu, bo tak mi współczuje". No tak.

         A poza tym: szwagier ( znaczy jej zięć) źle dba o pomnik, więc ona jeździ na cmentarz i przestawia znicze , żeby było równo, symetrycznie, od dużego do małego, od małego do dużego; podlewa kwiaty bo on na pewno za mało podlał; w kościele źle się modlą bo Ona by to zrobiła inaczej; i można byłoby tak wymieniać w nieskończoność.

        A ja w tym wszystkim... dobrze, że mam moją B., bo przynajmniej jej się mogę wyżalić, jest ze mną wspiera i pilnuje żebym nie zwariowała lub nie zrobiła czegoś czego będę później żałować. Nie wiem, czy to tylko mnie nie pasuje takie zachowanie? Może to ze mną coś jest nie tak, że tak mnie to drażni? Wiem, że jej nie zmienię, ale sama przy tym się męczę, bo dla mnie taka "pokazówka" jest nie do wytrzymania. Pewnie słowa też nie oddadzą atmosfery, ale ja muszę się wyżalić raz jeszcze. Kiedyś w takich sytuacjach dzwoniłam do siostry....

13:45, 45gogula
Link Komentarze (12) »
sobota, 20 października 2018

                 Nie jeden już raz pisałam o moich relacjach z mamusią, a raczej o tym, jaką toksyczną jest osobą. Czasami sama się zastanawiałam, czy powinnam o pewnych rzeczach pisać, bo mam pewien dyskomfort w opisywaniu w sumie bliskiej osoby w złym świetle. Z drugiej strony, nie ja jedna tak mam, a wypowiedzenie tego "na głos" (tutaj raczej na piśmie) uwalnia mnie od dźwigania tego ciężaru.

        Moja B. wielokrotnie pytała, czy mamusia to zawsze tak była, czy teraz, z wiekiem, jej się to nasiliło? Szczerze mówiąc nie wiem. Zawsze była upierdliwa, co częściej zauważała moja siostra niż ja, ale ostatnio ja to dostrzegam jeszcze wyraźniej, więc może i mamusi się pogarsza.

        Jej zachowania, nazwałabym to nawet dobitniej niż upierdliwość, sprawiły, że straciłam resztkę szacunku, przyzwoitości, współczucia, czy jakkolwiek to nazwiemy. Hasłem przewodnim mojej mamusi powinno być "róbcie jak chcecie, byle było po mojemu". A może raczej "ludzie są ważni i mają swoje problemy, ale nie ma nikogo ważniejszego ode mnie (mamusi)". Każda ta myśl przewodnia do niej pasuje, a całość spinałaby się stwierdzeniem "jestem szczęśliwa, gdy jestem w centrum uwagi".

        Ostatnie miesiące były trudne i nie odmawiam mamusi tego, że zapewne na swój sposób przeżywała sytuację, ostatecznie to jej córka przegrywała ze swoją chorobą. Nie chcę nawet dopuścić myśli, że mogłaby nie myśleć, nie cierpieć z tego powodu, ale nawet tego do końca nie jestem pewna- mając na uwadze to co robiła, mówiła, jak się zachowywała.

         Najpierw było to, że ona musi jechać do szpitala do siostry, bo jest matką i powinna tam być. Ale spokojnie, zawsze w tle była złota myśl...bo co ludzie pomyślą, że się nie interesuje? Jednak, kiedy siostra już odpłynęła, gdy trzeba było zając się nią bardziej, najpierw zaprowadzić do łazienki, potem zanieść, na końcu dbać o nią na łóżku, mamusia nigdy nie powiedziała, że chce pojechać. Ba pewnego razu, gdy ja jechałam potrafiła powiedzieć, że "po co do niej (nigdy nie mówiła po imieniu) jechać jak ona nie przytomna i nawet pewnie nie wie, że ktoś jest". Było to wtedy, gdy czekałam z mamusią na wizytę do lekarza (bo z nią musiałam chodzić wszak nieporadna) i chyba pierwszy raz powiedziałam co o niej myślę nie zważając na to, że słuchają tego inni czekający pacjenci.

         Potem było tylko gorzej. Na kilka tygodni przed ostatecznym rozstaniem z moją siostrą już wszystkich ubierała - oczywiście na czarno- bo takie są zasady, bo ludzie muszą wiedzieć, że coś się stało, że jesteśmy w żałobie. Czarę goryczy przepełniła jednak wtedy, gdy jakiś czas po pogrzebie wybierałam się do B. Naprawdę musiałam wyjechać odreagować , pobyć z B., ale mamusia oczywiście zrobiła mi wykład, że już nie pamiętam siostry, że nie czuję żałoby, że rozrywki mi w głowie.

        Tak, znowu powiedziałam co myślę. Dlaczego ona ma mnie uczyć żałoby? Ona, która nie jeździła dzień w dzień do szpitala, nie widziała jak siostra się zmienia, odchodzi, a nawet nieprzytomna, gdy mnie usłyszała płakała. Nie zmieniała jej pampersów, nie nosiła pod prysznic, nie wykonywała innych zabiegów higienicznych....

       Ehhh....musiałam to z siebie wyrzucić a to, jak to się mówi, początek góry lodowej. Teraz gdy to napisałam i przeczytałam, wierzę mojej B., że mnie podziwia za to , że jeszcze wytrzymuję w tym domu i nie zwariowałam, a przynajmniej nie do końca.

16:38, 45gogula
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 października 2018

                    No więc Hyundai IoniQ Hybryda jest teraz w moim użytkowaniu od połowy maja br. z aktualnym przebiegiem około 5tys. kilometrów. Niewiele to nadal, żeby fachowo oceniać samochód, ale ja jestem kierowcą amatorem, może hobbystą.

       Przed zakupem przeczytałam o nim wszystko, obejrzałam wszystkie testy- pozytywne i negatywne.

       W samochodzie relatywnie niedrogim (to pojęcie bardzo względne), o którym można powiedzieć, że jest to kawał bryki, producent wrzucił bardzo dużo nowych "wspomagaczy". Z jednej strony, kiedy to działa, to super, ale jak się zdarzy awaria to ...hmmm. Miejmy nadzieję, że trafiłam dobry egzemplarz. No więc autko ma chyba wszystko, albo prawie wszystko. Wszelkie systemy wspomagania kierowcy, GPS, nawigacja, kamera cofania, podgrzewane to tamto i owamto, czujniki wszystkiego albo i więcej. W większości dość przydatne a najbardziej, jak dla mnie, automatyczna dwustrefowa klima i jasne wnętrze.

     Jednak istotą dla tego typu aut patrząc z pozycji amatora jest szeroko rozumiany komfort jazdy, komfort użytkowania itd. A tutaj niespodzianka. Duża bryka, to dużo miejsca w środku, naprawdę ogrom. Ktoś oceniał samochód uznając, że na tylnej kanapie jest tak sobie. Wcale nie tak sobie jeśli nie przewozi się tam siatkarzy czy koszykarzy. Bagażnik wystarczający na wypad wakacyjny nawet w 3-4 osoby- sprawdzone. Kabina cichutka przy normalnej jeździe, przy jeździe autostradowej trochę słychać, ale głównie opony a nie silnik czy jakieś inne elementy.

       Automatyczną skrzynię biegów ogarnęłam szybko, sterowanie tym czy owym też błyskiem. Najgorsza była dla mnie obsługa bez kluczykowa. O rany!! Ile to razy brałam zamach żeby włożyć kluczyk, a tu...żadnej dziurki nie ma :(((, a nawet, gdy już odpaliłam przejechałam, to potem się znowu gimnastykowałam, żeby wyjąć kluczyk, a tam go nie było i ...o zgrozo - panika gdzie podziałam kluczyki? Nie ważne, że przyjechałam, że dopiero co się zatrzymałam... pierwsza myśl- zgubiłam kluczyki!!! Teraz i to już mam za sobą, co najwyżej zapomnę zgasić:)) auto, ale wtedy, gdy się oddalam, wyje niemiłosiernie, więc jest przypominajka.

       No i najważniejsze w dzisiejszych czasach. Ile pali?

       Nie powiem, że tyle samo co....ja , ale nie tak mało jak obiecywano. No dobrze, jest w tym trochę niejasności. Otóż zapewne udałoby mi się zejść do wartości katalogowych, ale jadący za mną dostaliby ku....cy, bo ja bym musiała powolutku się rozpędzać, rozpędzać, rozpędzać ( na razie mamy 25/h) i rozpędzać. Okej. Nawet ja tak nie lubię. Więc kręcimy się przy spalaniu 4,5l na 100 przy mało oszczędnej jeździe lub 4,8-5 l/100 przy prędkościach autostradowych. Czyli prawie połowę mniej niż super oszczędny 3 cylindrowy silnik 1,0 z Forda.

       Osiągi zadowalające , mocy wcale mi w nim nie brakuję, a jak poczuję zew natury to mogę się przełączyć na tryb sport i zapewnić sobie doznania mocy, ale i akustyczne oraz związane z częstszymi wizytami na stacji paliw. No to teraz nikt chyba nie ma wątpliwości, że mimo ciążącego w kieszeni kredytu zadowolona jestem ja, moje kolano, plecy oraz całe ciało (to ostatnie cieszy się z systemu wentylacji i ogrzewania). Pozostaje zatem tylko pytanie - kiedy się znudzę tym autem:))).

         Mojej B. też przypadł do gustu ten "nasz" nowy samochód , jako bardzo komfortowy, ale Ona -chociaż też się zna na autach-, w zasadzie każde "nasze" auto lubiła. A może to wcale nie chodzi o samochód tylko kierowcę?:)

13:18, 45gogula
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91