Rozważania różne współczesnej kobiety- daleko od mody, kuchni i jakiejkolwiek diety. Plotki o facetach, sporcie, autach i gadżetach.
Kategorie: Wszystkie | dla pełnoletnich | motoryzacja | sport | zdrowie
RSS
wtorek, 22 sierpnia 2017

                   Ostatnio było u mnie pracowicie, w różnych aspektach życia. Fach w ręku mam , więc murarz-tynkarz, ogrodnik, artysta a po wszystkim ...pacjent.

      Ale po kolei.

      Skończyły się upały i nastała pogoda bardziej jesienna. Tak więc trzeba było trochę podziałać w ogrodzie. Wykopywanie chwastów , przynajmniej części i siewek topoli, którymi nieodmiennie "obdarowuje" nas sąsiadka. Ona jest nie reformowalna, podobnie jak moja mamusia a w końcu ja dostaję po przysłowiowych uszach, że nie zaczęłam się sądzić o tę topolę, żeby ją usunąć. Nic to, że rodzice, gdy się budowali to topola już była i przez 50 lat się nie sądzili, teraz ja to powinnam zrobić. Nie lubię się podejmować rzeczy niepewnych a do tego kosztownych. No więc szpadel, noga i dawaj co większe egzemplarze, pod nóż. A noga, jak to noga, potrafi się obsunąć po ostrej krawędzi szpadla i boli jak cholera.

      Kosiarka okazała się bezpieczniejsza, chociaż równie męcząca i długotrwała w użytkowaniu. Na koniec pracowitego dnia pozostały gałęzie. Mam rozdrabniarkę do gałęzi. Podstawowy model ze sklepu ogólnobudowlanego , który to nikomu nie pozwoli pobyć swoich cen. To moja nowa zabawka, użyta po raz drugi - z lepszym efektem niż za pierwszym razem. Oczywiście w przerwach pracy, tego głośnego dodatku ogrodowego, musiałam wysłuchać "kazania", jaka to jestem beznadziejna, że kupiłam taki sprzęt, że pieniądze rozpierniczam, bo przecież bez wydatków mogłam (JA) pociąć ręcznie gałęzie na mniejsze kawałki, popakować w wiązki i potem załadować do samochodu, i wywieźć ( na wysypisko, gdzie sama musiałabym je wypakować i rozpakować- całkiem lekka perspektywa).

       Nie wspomnę już o tym, że zanim znalazłabym czas na wywózkę, przez kilka lub kilkanaście dni słuchałabym, jaki to bałagan z tymi gałęziami na podwórku zrobiłam. Bo, żeby oddać klimat - u nas na podwórku to musi być tak, żeby można było jeść bezpośredni z ziemi, trawnika, chodnika. Co więcej mamusia co rano wstaje i chodzi zbierać pojedyncze liście i pióra, które zgubiły ptaki. Serio codziennie rano!!!

       Kolejną czynnością było właśnie mycie kostki chodnikowej, bo "taka obrzydliwa, że chodzić aż się nie chce po niej". Mamusia wpadła na pomysł, że wezmę wiadro z płynem, zmiotkę i na kolanach będę zapierniczać te 10 metrów bieżących!!!. Nic z tego. Przecież do tego też mam sprzęt. Wyciągnęłam, uruchomiłam, zrobiłam. I co , pytam? Czyściej jest? W odpowiedzi : czyściej, ale wcale nie ładniej i w ogóle po co to robiłam, skoro zaraz jesień i wszystko się na powrót ubłoci? I tyle atrakcji.

       No to jeszcze zostało wymurować studzienkę deszczową przy domu , bo woda z niej podsiąka gdzieś i mamusia się boi, że zmyje nam dom z powierzchni ziemi!! Nie ma takiej możliwości , ale dla spokojności głównie swojej- wymurowałam. No może murowaniem trudno to nazwać , ale zrobiłam w studzience nową podłogę. Czy to coś da? Nie mam pojęcia .

        Jak to mówi moja B. mamusia jest taka, że najczęściej dodaje sobie energii opierniczając mnie za coś, a jak nie ma za co, to coś znajdzie lub wymyśli. Tak takie zdanie wcześniej już napisałam w sprawach dotyczących siostry, ale cóż - jak to mówią "genów nie oszukasz".

       W kolejnym wpisie dodam nowych "atrakcji" z mamusią w roli głównej a także jak z robotnika stałam się pacjentem .

16:30, 45gogula
Link Komentarze (7) »
czwartek, 17 sierpnia 2017

             Długi weekend upłynął dość leniwie, ale i przyjemnie.

     Młody był w domu i powiem, że tak, jak wcześniej jego dłuższa obecność działała mi na nerwy, tak teraz już zaczęłam się przyzwyczajać, że w domu bywa. Dogadujemy się , nie działamy sobie na nerwy. Może to trochę dlatego, że ostatnio bywał częściej, nie było tak długich przerw, jak poprzednio.

      Obejrzałam film ( zresztą nie jeden) , który wyjątkowo utkwił mi w pamięci , tj. "Dziewczyna na krawędzi". Padła tam bardzo ciekawa kwestia , na tyle sugestywna, że mniej więcej do dzisiaj ją pamiętam. W gabinecie psychologicznym trwała rozmowa między specjalistką, a młodą zbuntowaną dziewczyną z przeszłością różną. Otóż psycholog stwierdziła, że " mając problemy możemy się odgrodzić od wszystkich i wszystkiego chociażby najwyższym murem, ale gdy nasze upiory zechcą do nas się dostać , bez przyjaciół nie utrzymamy tego muru. Przyjaciele to cegły tego muru, którzy pomogą nam w walce z upiorami za lub przed murem". Może nie jest to dokładne odzwierciedlenie tej kwestii ale starałam się możliwie najwierniej oddać sens.

       Ostatnio akurat problemów u mnie nie brakowało. Jak zauważyłyście w wielu opisywanych sytuacjach odwoływałam się do mojej kochanej B. Tak, oprócz wielu innych cennych atrybutów , to jest moja prawdziwa przyjaciółka. Właśnie w ten weekend zaprosiła mnie do siebie na spotkanie towarzyskie przy grillu. Zapraszała wielokrotnie, ale zawsze jakoś tak mi było... nie po drodze. Matka Polka- nie zostawię syna, który akurat przyjechał, albo kobieta zawstydzona- skoro masz rodzinę to może ja nie, albo kobieta nietutejsza- nie gotowa do wyjazdu. Nie to, że nie chciałam, ale jakieś tam "zdrowe lub chore zasady" nie pozwalały.

       Teraz jednak powiedziałam, że mi się należy chwila relaksu i nie ważne, że syn w domu, że mamusia krzywo patrzy czy co tam jeszcze. Pojechałam , byłam, miło spędziłam czas, pośmiałam się , pożartowałam, zjadłam, wypiłam. Jedyna wada nie przytuliłam się do B., ale wiadomo było, jak będzie. I powiem tak....okazało się , że było mi to bardzo potrzebne. Autentycznie czułam wewnątrz dużo pozytywnej energii, oddechu od codzienności, takiego luzu, którego od dawna nie miałam . Dziękuję Ci kochanie moje.

      I na koniec przyznam się do czegoś bardzo niechlubnego.

      Jak pisałam w tym roku główną pasją jest czytanie i w sumie może nie jestem pożeraczem książek, ale "lekturowanie" całkiem nieźle mi idzie. Czytam to co lubię, a jeśli nie wiem czy coś polubię sugeruję się opiniami innych czy warto ( o ile ogólnie jest to w kręgu mojego zainteresowania). Jak zaczynam to czytam chociażby nie bardzo mi to pasowało ( np. R. Mróz). Ale ostatnio popełniłam niemal "przestępstwo".

      "Klinika pana B." Sary Leiss trafiła w moje ręce. 7,7/10 ocen pozytywnych skusiło. Nie jest to lektura dla mnie . Owszem powinno mnie zastanowić to, że pozycja przez innych została oceniona bez komentarzy? W każdym razie - nie dla mnie. A moje "przestępstwo" polega na tym , że po bodaj 80 stronach wyrzuciłam pozycję z czytnika. Akcja dzieje się w Polsce ( to tak a propos obcobrzmiących danych autorki) , dla mnie te pierwsze kilkadziesiąt stron to taki "Dzień świra" i czegoś bardziej surrealistycznego. Niektórzy porównują tę pozycję do "Procesu" F. Kafki, ale to chyba przesada.Opis codziennego dnia dentysty wiecznie spóźniającego się do pracy, który zamiast leczyć rozważa seksualność pacjentek. Rytm dnia wyznacza mu erotyka i wizje. Nie , nie będę więcej pisać, bo w sumie niewiele przeczytałam, pewnie nie zrozumiałam, może dalej byłoby coś dla mnie...

         No więc reasumując - pierwszy raz zdarzyło mi się zacząć, nie skończyć. Ale zapewne niektórzy lubią tego typu lekturę.

17:31, 45gogula
Link Komentarze (7) »
sobota, 12 sierpnia 2017

                         W końcu można złapać oddech. Naprawdę te upały dały mi się mocno we znaki.

        Ale to tylko mój brak tolerancji na gorąco. Mając na uwadze to, co podają media, te trąby powietrzne, straty w ludziach, w dobytku ...ehhh ... przerażające, to moja nietolerancja to pikuś. Mogłabym dalej ociekać z gorąca, jeśli miałoby to coś zmienić w tychże żywiołach na lepsze. Bo czym, że jest mój dyskomfort na przeciwko tej tragedii. Ale skoro pogoda się lekko zmieniła to fakt ten odnotowuję.

        Odnotuję również kolejny fakt, a mianowicie taki, że siostra została wypisana ze szpitala. Na jak długo nie wiem, ale jeśli nie będzie się nic strasznego działo, to dalsze leczenie w trybie ambulatoryjnym. Fajnie, że jest w domu, ale niefajnie też jest. Jak to przy chemii - musi brać sterydy, dodatkowo ma nowe ogniska "meta" w obrębie głowy. Czy z jednego czy z drugiego powodu, a może z całokształtu niepewności życia - no w każdym razie jeszcze bardziej jej się pogorszyło psychicznie. Do tej pory wylewała pomyje jej zdaniem "za coś", a teraz za wszystko, a jak nie ma za co, to sama coś wykombinuje. No nic ...trzeba zacisnąć zęby i przetrwać. Mnie jest łatwiej, bo teraz głównie na telefon mam kontakt, ale jej domownicy....

       Nie zaniedbuję jednak czytania. Upalne noce, kiedy nie można było zasnąć poświęciłam na "czytanie z owacjami". Owacje bynajmniej nie były na cześć wspaniałych lektur, chociaż w sumie niezłych. Owacje były na cześć tych porąbanych meszek, które nie wiem którędy właziły i latały z uporem maniaka wokół lampki. Więc czytałam jedno dwa zdania i ze trzy klaśnięcia w celu ubicia chociaż jednej z tych upierdliwych . Dobrze, że nikt tego nie widział bo zastanawiałby się jeden z drugim, czy aby na pewno ze mną wszystko w porządku.  Wyobraźcie sobie czytam, czytam i naglę klaszczę. Znowu czytam i klaszczę. Objawem zdrowia to to nie jest.

      28, 29

      Odnośnie lektury zaś, to odkryłam dla siebie Katarzynę Puzyńską. Zaryzykowałam polska autorkę i nie żałuję, chociaż początkowo nie miałam takiego wrażenia. Wymieniona jest autorką serii o policjantach z Lipowa k/Brodnicy.

      Wszystko zaczyna się od "Motylka". Czemu byłam początkowo zdegustowana? Bo jak już pisałam, nie lubię powieści "rozbieganych", czyli z wątku na wątek, różne postacie a było ich naprawdę dużo a przy tym trochę odniesień do przeszłości itd. Ale z czasem się to wszystko "ustabilizowało", nabrało sensu, kolejności i zwartości a potem było tylko ciekawiej. Lekko się to czyta, fajnie zaplanowana intryga, tajemnicze morderstwa.

      W każdym razie książki godne polecenia , jako lektura lekka , bo muszę dodać, że druga część też jest za mną ( pochłonęłam ją dużo szybciej) . Oczywiście, że gdy się zna już przynajmniej podstawowych bohaterów to kolejna część, czyli "Więcej czerwieni" idzie, jak świeże bułeczki.

Tagi: 2017
17:59, 45gogula
Link Komentarze (6) »
środa, 09 sierpnia 2017

                 Nie pisałam, bo ...sama nie wiem dlaczego. Chyba ogólnie osłabłam.

      Słabizna mnie dopadła tak fizyczna, jak i psychiczna. Fizyczna z uwagi na przypadłości wieku przejściowego przy zniewalających upałach. Nie mam wówczas sił na nic, ale i chęci też są ograniczone. Z drugiej strony przynajmniej co drugi dzień zapycham do szpitala. To jakieś 100 km z okładem w obie strony o czym już pisałam. Człowiek jedzie z duszą na ramieniu, bo mimo upałów trzeba być ostrożnym, skoncentrowanym do bólu, a dodatkowo nie wiadomo co zastanie się na oddziale.

      Nie powiem optymizmu mniej i mniej, trudno już w sobie wykrzesać pozytywne nuty. Któregoś razu "dorwała" mnie oddziałowa psycholog. Może nie tyle chciała porozmawiać o siostrze, która charakter miała zawsze trudny, a teraz ....teraz chyba osiąga apogeum nienawiści do wszystkich i wszystkiego, ale przede wszystkim psycholog pytała czy ja i szwagier, jako osoby zaangażowane, nie potrzebujemy pomocy. Wtedy- raptem tydzień temu- uznałam, że ja sobie radzę .

      Jak to mówi moja B.: podziwia mnie, że potrafię podchodzić do tych kubłów pomyj, które siostra potrafi na mnie wylać- tak spokojnie. Codziennie niemal jest świadkiem tych awantur, które urządza siostra i codziennie mówi "podziwiam Cię, bo jesteś aniołem, a nie człowiekiem". Owszem nie jeden by się zbuntował, walnął słuchawką, nie pojechał, odszczeknął się itd. Ja sobie radziłam , ale widzę, że z każdym kolejnym dniem moja energia życiowa opada.

      Teraz wiem, że powinny być kursy dla rodzin osób chorych na tak trudne choroby. A może są, tylko ja na nie nie dotarłam? Nie ważne, staram się na zwykły "chłopski rozum" i "babską logikę" działać", ale jest to nieefektywne.

    Odskocznię znajduję w swoich kwiatkach ....


piątek, 28 lipca 2017

                  Ot taki smutasek mi teraz wyszedł ( i jeszcze straciłam zdolność robienia prosto zdjęć).

       Widocznie, nie powinno się robić takich dekoracji, kwiatów czy innych prac, kiedy człowiek nie jest w nastroju. Niestety nasze kciuki i pozytywne myśli nie wystarczyły. Zostaję w domu.

       Siostra znowu ma złe dni a dziś rano otrzymałam informację, że zatrzymano ją kolejny raz w szpitalu. Morze/plaża/słońce musi poczekać. Jeszcze do wczoraj rano się szykowałyśmy, bo była spora nadzieja, że wyjedziemy. Po południu czar prysł. I , jak dla mnie nie dlatego, że nie jedziemy a bardziej dlatego, że nie wiadomo co dalej ze zdrowiem siostry. Zresztą nie tylko ja nie wiem, bo lekarze też w sumie bezradnie rozkładają ręce. Te objawy, które wróciły nie mają na dobrą sprawę żadnego medycznego uzasadnienia...?!

        B. pytała, czy nie rozważałam wersji żebyśmy pojechały obie z włochaczem. Owszem wcześniej taką wersję brałam pod uwagę, ale ... Chyba nie byłby to udany wyjazd w tym stanie rzeczy, bo jednak moje myśli byłyby gdzieś indziej niż na plaży. Ponadto stan psychiczny siostry się bardzo posypał i już miałam prośbę, żeby dołączyć do grafiku wyjazdów z wizytą. Nawet bez prośby bym to zrobiła, ale w tej sytuacji o żadnym wyjeździe nie może być mowy. Nie teraz.

        Może, gdy uda się już wszystko opanować zorganizujemy sobie z B. wakacje w mieście - u mnie najprędzej. Może , gdy siostra wyjdzie ze szpitala dołączy do nas na chwilę . Ostatecznie jest kawałek działki, gdzie można w ciszy i spokoju się zregenerować. A póki co dalej kręcę kwiatki, chociaż już nie tak intensywnie jak wcześniej.

       Znajoma poprosiła o zrobienie jej kilku "bukietów" , więc zaproponowałam jej te, które miałam m.in. dla siebie, żeby sobie coś wybrała, bo przecież miałam wyjechać. Ja nie wyjeżdżam, a ona się przestała kontaktować. Jeszcze poczekam, nie będę się narzucać.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85