Rozważania różne współczesnej kobiety- daleko od mody, kuchni i jakiejkolwiek diety. Plotki o facetach, sporcie, autach i gadżetach.
Kategorie: Wszystkie | dla pełnoletnich | motoryzacja | sport | zdrowie
RSS
poniedziałek, 21 listopada 2016

                      Czytanie idzie mi zdecydowanie lepiej, niż pisanie.  No bo i o czym tu pisać, skoro trwa zwyczajna proza życia .

       Wykorzystując nieliczne dni, kiedy niebo okazało się łaskawe i pozbawiło nas opadów jakichkolwiek, zrobiłam- jak mi się wydaje - ostatnie porządki zewnętrzne. Wcześniej udało się spakować (jak co roku) lekko ponad 12 worków po 120 litrów liści wszelakich i zieleniny różnej. Ale okazało się, że to jeszcze nie wszystko i w ostatnim czasie jeszcze 2 woreczki udało się uzbierać – będą do oddania "w dniu śmieciarza" na wiosnę. Dziwne są te układy związane z wywozem odpadów. No bo skoro moje miasto jest oazą zieleni, w dużej części przeważa zabudowa jednorodzinna , to jakim cudem ktoś mądry wymyślił, że zieleninę wywozi się 2 razy w roku?

      Nie wiem, ale decyzje w tym kraju , naszym kraju, z każdym dniem bardziej mnie osłabiają. Wygląda to czasami , a nawet częściej tak, że logiczne myślenie całkowicie zanikło, a myślenie w ogóle też chyli się ku upadkowi . Ale o tym, to akurat pisać można długo i namiętnie, a przykładów nonsensów nie zabrakłoby na wiele wpisów.

      I jak to w życiu bywa, raz jest z górki raz pod górkę. Młody znalazł sobie kolejną pracę i jak widzę bardzo go to pasjonuje, a mnie się podoba to, że chce, nawet nie czyni wyrzutów, że niejednokrotnie musi wstawać bardzo rano, żeby zdążyć dojechać. Niech pracuje, wszak praca uszlachetnia – powiedziałam ja, która wiele lat temu zawodową działalność zakończyłam. Nie z wyboru tylko z przymusu, ale jednak moje „uszlachetnienie” raczej marnieje już przy tej bezczynności.

      No chyba, że za aktywność zawodową uznać teraz można to, iż zajmuję się tworzeniem ozdób świątecznych itp. Jeśli tak, to praca mnie też uszlachetnia nadal, bo tworzę i tworzę, jakbym w jakimś ciągu była. Może uzależniłam się od klejenia? Przynajmniej w miarę bezpieczny nałóg.

wiklina papierowa

      To tyle co z górki . A pod górkę...No cóż...siostra po chwilowej poprawie kondycji zdrowotnej wykonała badania kontrolne i znowu wynika z nich, że ten drań, który ją męczy wyraźnie się zawziął. Kolejny wzrost markerów nowotworowych i kolejne nieprzespane noce z pytaniem, co teraz?

13:35, 45gogula
Link Komentarze (1) »
środa, 16 listopada 2016

                  Zwyczajnie nie jest lekko, tyle że nikt nie obiecywał, że będzie lekko.

     Tak, te słowa też już kiedyś pisałam, ale trudno się nie powtarzać po dwóch latach pisania na blogu. No właśnie, minęło już dwa lata. A miało być na chwilę, na krótko. Zresztą nie jestem zapewne osamotniona również w dylematach związanych z pytaniem : pisać/nie pisać, prowadzić /zamknąć? Owszem kilkakrotnie już miałam się pożegnać, ale ciągnę.

       Nie jest łatwo aktualnie bo… odkąd sięgam pamięcią czyli mniej więcej od 14-15 roku życia w TE dni nigdy nie było łatwo. Jednak z perspektywy czasu uważam, że wszystko co do tej pory działo się w TE dni to był większy lub mniejszy, ale w sumie „pikuś”. Ostatnio natomiast mój organizm wyłącza mnie z normalnego życia na 3 dni i dwie noce . Już nawet nie wspomnę o objawach zespołu napięcia itp. zdarzeniach depresyjnych, ale i fizycznie wypadam z obiegu. W jednym z komentarzy wyczytałam, że nie jest fajnie, ale ktoś stwierdził, że nie chciałby się zamienić na życie z mężczyzną. Ja wręcz przeciwnie , żeby nie było to aż tak kłopotliwe, to chociażby z opisywanego względu zamienię się – bardzo chętnie. No ale ja – jak wskazuje tytuł bloga- fanatykiem swojej życiowej roli nigdy nie byłam.

      Jedyną aktywność jaką mogę prowadzić w TE dni, to co najwyżej spokojne tworzenie popierdółek w pozycji siedzącej, a jeszcze lepiej czytanie pod kołderką w pozycji leżącej. Dzięki temu przynajmniej kolejną lekturę zaliczyłam. Jak się nie mylę to już 22. pozycja .

      Ponownie sięgnęłam po Remigiusza Mroza , tym razem było to „Zaginięcie”. Kolejna pozycja z serii o parze korporacyjnych adwokatów. Już pisałam, że lektura poprzedniej części mnie z lekka zniechęciła , ale zawsze daję drugą szansę. Tę serię autora odpuszczam. No bo niby fajnie się czyta, niby ciekawa intryga a wręcz sprawa karna, bo przecież adwokat nie jest od rozważania intryg tylko wkracza, gdy sprawy już ocierają się o sąd. W każdym razie lekturę, jako taką polecam, ale ja już po tę serię nie sięgnę. Co prawda autor przeprasza, za pewną dowolność w opisaniu procedur, postępowania, co było niezbędne dla ogólnej fabuły, ale jeśli ktoś ocierał się o ten aspekt działania organów w naszym kraju, to wie, że „to nie tak powinno być”. U mnie wyzwala to wewnętrzny bunt , wręcz zdenerwowanie.

       Bo ktoś sobie przeczyta książkę, nie doczyta przypisów autora i myśli sobie, że faktycznie "tak to działa ". W życiu zaś jest inaczej i rodzą się podejrzenia, pretensje itd. A świadomość społeczna w zakresie działania organów ścigania jest taka sobie, a do tego faszerowana niedopowiedzeniami medialnymi, wyciąganiem jakichś jednostkowych nieprawidłowości . No więc jeśli sięgnę jeszcze po coś tego autora, to może jednak inną powieść – mniej „prawniczą” .

      A na razie idę dalej dogorywać, wszak minęło dopiero dwa dni, więc jeszcze dziś muszę ścierpieć.

14:32, 45gogula
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 listopada 2016

       Tak mniej więcej wygląda u mnie teraz krajobraz za oknem.

      Syn chodzi po domu i z wyczuwalnym sarkazmem nuci świąteczne piosenki. Nie to, żeby bardzo chciał przyspieszyć święta, ale nie da się ukryć, że ma ku temu powody. W mieszkaniu bowiem zagościły, w każdym możliwym miejscu, moje świąteczne popierdółki.

choinka eko stroik w stylu kudumo

    Nie wiem czy pomysł wypali, ale jeśli tak, to ta "ażurowa" choineczka, po uzupełnieniu o lampion z podgrzewaczem, będzie chyba dawała fajny zapach anyżu, cynamonu, pomarańczy. Zobaczymy...

     Robię też bardziej lub mniej klasyczne choinki i stroiki. ( Za tło w zdjęciach przepraszam, nie jest szczególne, a ja jestem zbyt leniwa, żeby jeszcze raz latać z aparatem).

    Oczywiście nadal na zimowym topie są moje bałwany i bałwanki, ale fotek już nie robię, wszak w ubiegłym roku nafaszerowałam nimi mojego bloga.

     Czyli co? Idziemy niezawodnie ku świętom . Ale śniegiem to zapewne trzeba się nacieszyć już teraz , bo zgodnie z tradycją w okresie Bożego Narodzenia będzie szaro, buro i ponuro...


piątek, 11 listopada 2016

                 W końcu się udało. Mogłam pojechać z wizytą do B. Chociaż stwierdzenie „pojechać z wizytą” to lekka przesada, ale udało nam się spotkać ze sobą na żywo- żeby nie pisać „w realu” bo inne sieciówki się obrażą, że ja tak tylko z tą jedną mam „lokowanie produktu”. Udało mi się nie tylko wyrwać z domu, ale nawet wpasować to spotkanie w przerwę w menopauzalnym szaleństwie organizmu, bo jest teraz tak, że człowiek „nie zna dnia ani godziny” kiedy pojawią się niespodzianki.

      Ku mojej i B. rozpaczy nie było to spotkanie zbyt długie, ale …. No więc było fajnie, sympatycznie, emocjonalnie chociaż krótko. W każdym razie do czego zmierzam? Otóż sytuacja przedstawia się tak, że obie z B. do najdrobniejszych nie należymy, a jakoś tak z każdym rokiem mnie zdecydowanie przybywało, a ostatnio B. też nie uniknęła tego typu zmian. Mimo to zawsze przy okazji takich spotkań coś tam przygotowujemy do zjedzenia, bo samą miłością żyć się nie da. Więc obiadek, coś słodkiego do kawy – no takie tam zwyczajne sprawy.

      Tym razem też B. przygotowała pyszną kawę , moje ulubione „babeczki”, jakieś ciasto. To znaczy nie jakieś, bo u mnie to się nazywało „chatka Puchatka”, ale to najmniej istotne . Tak też konsumujemy te słodkości popijając kawę i wówczas B. stwierdziła, że ciasto do zjedzenia , ale szału nie ma, a na koniec dodała -„ to ciasto mnie nie powaliło”....  No przecież moje Kochanie musiało sobie zdawać sprawę ( znamy się już tyle lat), że nie zostawię tego bez riposty. No przecież musiała!!! Zwyczajnie ripostuję takie wypowiedzi bezwiednie niemal, samo idzie i nic nie mogę na to poradzić . Więc co mogłam „oddać”? No właśnie …stwierdziłam, że „całe szczęście , że Cię nie powaliło, bo kto by Cię podniósł”. Uff …jak dobrze, że B. już od jakiegoś czasu łapie te moje odpowiedzi i nie uznaje ich za atak na siebie a jedynie zabawną ( przynajmniej w zamyśle) grę słów. Na początku tak nie było,co niejednokrotnie stawało się źródłem nieporozumień , ale teraz jest w porządku.

      W poprzednim wpisie rozważałam swoje pomysły na temat napisania własnej powieści. W sumie to po publikacji posta postukałam się w głowę, bo ten pomysł, to w moim wykonaniu porywanie się z motyką na Słońce. Ale przy tej okazji ( nie stuknięcia w głowę, tylko wpisu) przypomniał mi się stary dowcip, jak to teraz mówią „suchar” :

Rozmawiają dwaj panowie.

- Zenek, moja stara strasznie się wścieka, że my tak prawie codziennie do tej knajpy na wódkę chodzimy.

- Stasiu, moja też. Ale mam pomysł . Zamiast mówić żonom, że idziemy na piwo czy wódkę, to będziemy mówić, że do biblioteki idziemy poczytać.

Po tygodniu spotykają się żony tychże panów i wywiązała się między nimi taka rozmowa.

- Sąsiadko, czy pani mąż też wziął się za siebie i codziennie chodzi z moim do biblioteki i dokształca się, książki czyta?

- Oj tak kochana. Mój to tak pokochał te książki , że kupił wszystkie potrzebne rzeczy i w piwnicy od paru dni sam zaczął te książki pisać.

      No w każdym razie jakoś tak to leciało.

      Jako, że ostatnio nie alkoholowa jestem to jeśli będę pisać, to książkę taką zwyczajną.

14:53, 45gogula
Link Komentarze (3) »
środa, 09 listopada 2016

                       Tak dobrze idzie mi czytanie, że już jakiś czas temu poszło mi oczko. Nie ma to nic wspólnego z uszkodzeniem rajstop(nawiasem mówiąc i pisząc w nawiasie nie pamiętam kiedy ostatnio rajstopy nosiłam), ani z hazardem a jedynie z 21. pozycją czytelniczą.

       Jak to bywało wcześniej tylko dla celów statystyczno-historycznych podaję, że jestem po lekturze „Telefonu o północy” Tess Gerritsen. Lekki kryminał zrównoważony historią miłosną, okraszony zmianami akcji, zdarzeniami, które gdyby zdarzyły się tak zwyczajnym ludziom, jak bohaterowie, niewątpliwie nie zakończyłyby się dobrze, szczęśliwie czyli happy endem. Nadal stoję na stanowisku, że jako czytadło na długie jesienno-zimowe wieczory – może być.

      No i tak sobie czytam, czytam, czytam aż w końcu zastanowiłam się, czy ja nie mogłaby w końcu czegoś napisać. Od czasu do czasu wraca do mnie ta myśl, ale chyba jednak nie mam aż tyle wyobraźni, werwy, samozaparcia, a przede wszystkim zdolności. Tematu jednak nie porzucam. Koncepcja we mnie dojrzewa, jakby to wiosna była, a nie początek zimy. Tak, tak …początek zimy, bo nie dalej , jak wczoraj po raz pierwszy w sezonie musiałam z lekka rozmrażać szybę w samochodzie, a dzisiaj spadł pierwszy śnieg. O! Dla mnie bez znaczenia ale włochacz poprostu szalał na podwórku biegając bez opamiętania i usiłując złapać w zęby spadające płatki . Cudnie.

       Wracając do tematu ... Podobno pierwsza książka większości autorów jest osadzona w realiach osobistych, a ja … no może i miałabym co napisać np. czerpiąc z życia zawodowego, bo pewnych rzeczy się nie zapomina, a i osobiste to i owo mogłoby być tematem, który rozgrzałby kogoś. A najlepiej byłoby chyba opisać sny.

       Koszmar co jakiś czas wraca . Nawet zaczęłam się zastanawiać tymi powtarzającymi się scenami sennymi. Pisałam kiedyś, jak bardzo zmęczyłam się idąc na stację PKP czy PKS , jak piach mielił mi się pod nogami itd. I właśnie to się powtarza. Ostatnio sen: byłam u fryzjerki pokolorować włosy ( faktycznie potrzebowałabym tego) ale uznałam, że zamiast siedzieć bezczynnie na fotelu, wrócę do domu i wezmę do pokazania zrobione już popierdółki świąteczne. Nie zważając na farbę, na czepek na głowie ... ruszyłam do domu. Ba, nawet do jakiegoś sklepu weszłam. Wiem, że klucząc po ulicy ( tej samej co zawsze i tak samo rozkopanej?) dotarłam do domu i zobaczyłam w lustrze, że cała farba spłynęła mi na twarz. Chociaż wyglądałam, jak nie przymierzając „ostatni Mohikanin na wojennej ścieżce” to niewiele sobie z tego robiłam. Sen jak sen, ale zastanawia mnie ta „rozkopana ulica” , a raczej ulica, której wygląd pamiętam z czasów dalekiego dzieciństwa. Taka wtedy gruntowna, pełna górek, dziur, mielącego się pod nogami piachu . To musi coś znaczyć... chyba?

13:27, 45gogula
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73