Rozważania różne współczesnej kobiety- daleko od mody, kuchni i jakiejkolwiek diety. Plotki o facetach, sporcie, autach i gadżetach.
Blog > Komentarze do wpisu

Diagnoza depresja, część 1.

        "Depresja - kiedy idziesz wcześniej spać, nie dlatego, że rano musisz wcześniej wstać, ale dlatego, żeby ten dzień szybciej się skończył". http://demotywatory.pl/4399672/Depresja

       "...Depresja jest chorobą, w czasie której zmienia się metabolizm mózgu, wydzielanie hormonów, dobowy rytm organizmu.W rezultacie uniemożliwia normalne życie, a niekiedy życie w ogóle. Może mieć różne stopnie nasilenia: od egzystencji na pół gwizdka poprzez zaniedbanie siebie aż po, w najcięższej postaci, kompletny bezruch z oderwaniem od rzeczywistości. Bywa chorobą śmiertelną - gdy kończy się samobójstwem...."

http://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/1,137474,16726949,Gdy_zycie_jest_nie_do_zniesienia.html

          Jako, że miałam dość bliskie spotkanie z jedną z dwóch chorób XXI wieku po spojrzeniu na wskazanego wyżej demotywatora postanowiłam wypowiedzieć się na temat depresji. Zresztą z drugą z epidemii - czytaj nowotworem- też spotkanie miałam bardzo bliskie. Ale póki co, ograniczam się, do tej pierwszej.

          W tym samym czasie natrafiłam na artykuł w Wyborczej, którego niewielki fragment również zacytowałam, bowiem jest on bardzo wartościowy i ciekawie wyjaśniający istotę problemu . Mając osobiste doświadczenia z tą chorobą, w pełni się zgadzam z zawartymi tam informacjami.

          Dlaczego zrównałam depresję z nowotworem? Nie , nie dlatego, że oba te schorzenia ocierają się już o liczby epidemiologiczne zachorowań - chociaż to prawdziwe twierdzenie, ale chodziło mi w tym wypadku o reakcję na diagnozę. Reakcję chorego, ale jeszcze bardziej o reakcję otoczenia, bliskich, rodziny. O ile reakcja chorego w przypadku depresji jest dość łagodna ( w przeciwieństwie do raka, gdzie najczęściej spotykamy się z reakcją dramatyczną), o tyle reakcja innych "zaangażowanych" osób jest najczęściej bardzo podobna przy obu diagnozach.

          Krótko ...jak się zachować? Co powiedzieć? Co zrobić? A może unikać takich osób ( niemal jak trędowatych)? Taką reakcję to ja nawet rozumiem. Ale... Ale często zdarza się, że o ile nowotwór w końcu wywołuje szeroko rozumianą empatię, a następnie odważną rozmowę, to "depresanci" bardzo często spotykają się z poniżającym wręcz zaprzeczeniem ze strony otoczenia.

         Wtedy zamiast słów wsparcia, zamiast rozmowy która wyjaśniłaby bliskim "o co chodzi ?" słyszą , że są leniwi, że udają, że się pieszczą, że powinni się wziąć w garść itp. Słyszą to czego słyszeć właśnie nie powinni, ale wiedza o depresji jest w społeczeństwie niestety znikoma. Poniekąd znajduję na to usprawiedliwienie, bo jak wynika chociażby z powyższego cytatu objawy depresji są właśnie takie "leniwe" kolokwialnie nazywając. A ja również w tym zakresie, kierując się zdobyty doświadczeniem, potwierdzam symptom choroby.

         Osoby dotknięte tą chorobą bowiem starają się bardziej lub mniej udanie walczyć . Wstają z łóżka chociaż na samą myśl o tym chce im się np. wymiotować, idą do pracy chociaż mają nadzieję, że np. może się zagapią i na przejściu rozjedzie je jakiś pojazd, wracają zajmują się domem chociaż wewnątrz wyją z bólu. Zero energii, zero zaangażowania, wszystko na siłę z rozsądku. O ile się da uciekają w samotność, w sen, są prawdziwie wykończone, emocje wysysają z nich całą energię życiową...

       Tak, może i wygląda to jak lenistwo , jednak jeśli chory w końcu wyjawia, że cierpi, że to depresja - to w życiu nie chciałby słyszeć tych dodatkowo przygniatających uwag, a jedynie liczy na wsparcie. Jeśli zaś nie ma na co liczyć to niech lepiej będzie traktowany jak "trędowaty"....cdn.

czwartek, 16 października 2014, 45gogula

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/11/06 12:36:40
Mam przyjaciółkę. Nie wiem, czy prawdziwą, bo mam wątpliwości, jako że chyba obie trochę inaczej rozumiemy przyjaźń, ale jednak jest osobą zaufaną i można na nią liczyć. Natomiast trudno nam się "dogadać" właśnie w tych sprawach uczuć, psychologii. Poznałyśmy się w liceum. Przez długi czas miała fazy "depresji", "myśli samobójczych". Martwiłam się i bałam o nią jak głupia. Robiłam, co mogłam - rozmawiałam, sprowadzałam psychologa, chodziłam z nią na wizyty, zaalarmowałam nie raz jej rodzinę. Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że ona nigdy nie miała depresji, nigdy też nie chciała odebrać sobie życia. Wszystko było kwestią zwrócenia na siebie uwagi, co wynikało z jej dzieciństwa, relacji z matką. A ja byłam mniej silną osobowością niż ona i naiwnie wierzyłam w to, w co chciała, żebym wierzyła. Dopiero, kiedy to pojęłam, byłam w stanie realnie jej pomóc w ramach swoich możliwości. I dlatego teraz mamy lepszy kontakt. Tylko zastanawiam się, czy jeśli obecnie naprawdę wpadłaby w depresję czy naprawdę miała myśli samobójcze, ja bym to w porę dostrzegła. Nie wiem. Dlatego staram się uważnie jej słuchać, wczuć się w jej położenie, zrozumieć, doradzić psychologa, jeśli się obawiam.
Druga strona jest taka, że ja z jej strony czuję niezrozumienie. W przeciwieństwie do niej jestem raczej zamknięta w sobie, nie mam w zwyczaju wpadać w doły, gadać, że mam depresję i mówić tak na serio, że nie chcę żyć. Owszem, miewam kiepskie dni czy nawet krótkie złe okresy, ale wiem, że miną. A kiedy jest naprawdę źle, to właśnie milknę, nie odzywam się kompletnie, wpadam w apatię. Ale tu już brak wzajemności przyjaciółki. Uważa, że logicznie, czasem brutalnie, należy mnie stawiać do pionu, bo mam po prostu focha lub nie mam się czym zająć, więc wymyślam głupoty. Co jest wręcz sporą ironią losu, zważając na to, ile ona miała i ciągle miewa jazd, które nazywa depresją, a które trwają góra dobę. To boli i dlatego czuję, że nasza przyjaźń nie jest do końca przyjaźnią. Mogę ją tak nazwać, bo wiem, że mogę tej osobie bezwzględnie zaufać i powiedzieć wszystko, wiem też, że w przypadku konkretnego problemu zawsze otrzymam pomoc. Z tym że o ile nie będzie to problem natury psychologicznej. Tu wiem, że nie mam na co liczyć. A brak osoby, która zrozumie, wtedy nie pomaga.
Wiem, bo depresję przeszłam. Sama. W dodatku nie mając o tym pojęcia, to, że to była depresja uświadomiłam sobie już po jakimś czasie po wyjściu z niej.
-
2014/11/06 15:29:19
Dlatego w ostatniej bodaj części postów o depresji zauważyłam, że depresję w sumie można udawać i jest to o tyle przykre, że potem również to schorzenie się zdewaluuje, zatraci się jasność diagnozy a osoby cierpiące będą uważane za oszustów. A co do przyjaźni...? Sama z lekka ten układ poddajesz pod wątpliwość. Jedna uwaga...nie wszyscy potrafią udzielić pomocy w sferze psychologicznej, a takie mówienie/stawianie do pionu może być, chociaż nie musi pewną reakcją obronną, wyrazem niemocy, strachu przed problemem.